Przepisy kulinarne na dania lekkie i sezonowe. Blog kulinarny z prowadzę potrzeby serca Zapraszam do komentowania i dzielenia się uwagami. Zdjęcia i teksty są moją autorską własnością

miejsca kulinarne

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

 

Jakoś tak się porobiło, że od pewnego czasu zwiedzając dowolne miasto muszę zobaczyć lokalny "brzuch" i dokonać oceny zasobów oferowanych przez lokalne targowiska...Tym razem eksportowe łakomczuchy udały się na La Boqueria już pierwszego dnia wyłącznie po to, by wracać tam codziennie... Niekoniecznie po jakieś wielkie zakupy ale po to, by napawać wszystkie zmysły oszałamiającym dobrobytem kulinarnym i koniecznie nabyć gotowa sałatkę owocową albo inną przekąskę...

La Boqueria to ewidentnie miejsce trochę lokalne, ale przede wszystkim - z uwagi na położenie - jedna z chętniej odwiedzanych przez turystów atrakcji. Sprzedawcy nie mają nic przeciwko fotografującym ich turystom (co byłoby nie do pomyślenia np. w Szwajcarii) i wydają się być przyzwyczajeni do "sławy" i zainteresowania wścibskich obiektywów samozwańczych paparazzo. A ogrom i różnorodność wszystkiego oszałamiają. Od egzotycznych owoców z Ameryki Południowej po lokalne ryby i owoce morza w milionie gatunków nieznanych nam - mieszkańcom zimnej, środkowej części Europy. Bazar zaskakuje, oszołamia, budzi podziw i niekiedy odrazę (przyzwyczajonym do filetowanego, gotowego do obróbki mięsa może wydać się szokująca możliwość nabycia jagnięcej głowy ze wszystkimi atrybutami albo prosięcia w całości). Na bazarze można nabyć wszystko na każdy posiłek. Tanio i drogo. Tradycyjnie i ekstrawagancko. Każdy znajdzie coś dla siebie. Wychodzić się nie chce...

tradycyjna hiszpańska szynka i kozie sery - można nabyć zapakowane na prezent tak, ze przetrwają każdą podróż

lekki deser? konieczni edojrzałe i słodkie owoce z lodu...

koło takich słodyczy trudno przejść mimochodem

homara? Prosze bardzo - te sie ruszały i miały spięte szczypce żeby nie poszczypały łakomego nabywcy

ryby, krewetki i małże dowolnych gatunków...

na szybki lunch - dania gotowe

szynki w specjalnym imadle - kto wie jak to się nazywa?

orgia bakalii

owoc, o którym piszą wszystkie przewodniki - pitaja - w smaku nic nadzwyczajnego ale będąc na La Boqueteria nie wypada nie spróbować...

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Koneserzy wielkomiejskiego życia wiedzą, że od kilku lat w dobrym tonie jest przynajmniej raz na jakiś czas zjeść śniadanie poza domem. Jak grzyby po deszczu powstają paryskie w stylu kawiarenki specjalizujące się w śniadaniowym menu (i serwujące je przez cały dzień). Swoje impresje po pobycie w jednej z nich opisywałam tu. Pewną przeszkodą dla lubiącego bywać mieszkańca stolicy może być jednak fakt, iż wiele miejsc chlubiących się ofertą śniadań w światowym stylu otwiera swe podwoje w okolicach godziny 10:00 lub jeszcze lepiej 11:00 (nie dotyczy to Vincenta) sugerując swe przeznaczenie dla prowadzących iście hipsterski tryb życia miłośników nocnych imprez i późnego wstawania. W każdym razie, dyskwalifikuje jako klientów rodziców małych, wiecznie głodnych, dzieci które po przebudzeniu najdalej w okolicy godziny 7:00 natychmiast żądają śniadania. Zresztą w tym sezonie kawiarenki zaczynają być lekko passe (zostawmy je sobie na jesień i zimę). Nowością i prawdziwym hitem są mobilne kawiarnie, burgerownie i inne ruchome jadłodajnie. Kto widział ten wie.

W miniony weekend wybraliśmy się na odbywający się w każdą sobotę Targ Śniadaniowy na pięknym, zielonym, Starym Żoliborzu. Drugi taki odbywa się na Ursynowie. Wielką zaletą jest fakt, iż targ otwiera swe podwoje już od 8:00. Jako, że dotarliśmy na miejsce przed 9:00, mogliśmy w spokoju rozejrzeć się po wszystkich stoiskach, pogadać z każdym wystawcą i spokojnie wybrać co nam pasowało, a potem w spokoju zjeść przy dużych, drewnianych stołach przykrytych ceratą w uroczą czerwoną kratę (jeśli cerata w ogóle może być opisana jako urocza) sugerującą, że ktoś pomyślał nawet o nadaniu wystrojowi odrobiny stylu.

Na targ podobno warto wybrać się wcześnie również z tego powodu, ze choć czynny do 16 od 10:30 przeżywa prawdziwe oblężenie i trudno dostać się do stoisk, nie mówiąc już o tak miłej, swobodnej pogawędce ze sprzedającymi.

Stoiska obfitowały we wszelkie dobra tradycyjnie (lub mniej tradycyjnie) kojarzone ze śniadaniem. Od pieczywa, przez wędliny, sery,naleśniki, koktajle, kanapki, placki, pasty wegetariańskie, tarty i quiche, słodkie wypieki a nawet lody... Do tego kawa z mobilnej kawiarni albo green monster dla unikających kofeiny. Nieśpiesznie, fotografując i gawędząc ze sprzedającymi wybraliśmy to, co nam najbardziej przypadło do gustu. Cudo. Jak zwykle wybór był trudny, bo przecież nie da się zjeść wszystkiego :) ale wybierając quiche ze szpinakiem, pitę i hummus z czosnkiem i pietruszką oraz napój z natki a na deser serniczek z czekoladą i hawajską (!) kawę czułam się naprawdę ukontentowana.

Objedzeni i pozytywnie nastrojeni ruszyliśmy w miasto obiecując sobie, że jeszcze tu wrócimy. A może następnym razem na Ursynów?

Targ o poranku.

Każde prawie stanowisko powodowało kłopoty decyzyjne...

hummusy we wszystkich kolorach.

A na deser ciasta, ciasteczka, tarty i tartinki, serniczki, babeczki, słodkie puchareczki...

wtorek, 04 czerwca 2013

W miejscowości Gruyere we francuskojęzycznej części Szwajcarii, u podnóża wyniosłych Alp, pośród soczyście zielonych łąk można zwiedzić nie tylko słynną fabrykę czekolady Cailler, ale także wytwórnię sera, którego nazwa dźwięczy w uszach każdemu seromaniakowi... Mogłoby się zdawać, ze dwie tak "smaczne" fabryki w jednym niewielkim miasteczku to przesada, ale po zwiedzeniu ich zrozumiałam, że to żadna przesada, to raczej kwintesencja Szwajcarkiej dumy i obsesji... Ser i czekolada, czekolada i ser... Zjada się ich tu więcej niż wysyła w świat...

 

La maison du Gruyere czyli... dom Gruyera - dojrzewającego, twardego sera podpuszczkowego (jak stanowi charakterystyka).

O wyznaczonych godzinach zwiedzający mogą obserwować wyrabianie sera - powstawanie skrzepu i formowanie krążków.

Każdy krążek waży 35 kg... i powstaje z 400 litrów mleka...

Po zakończeniu produkcji pozostaje umyć kadzie...

A krążki leżakują w ser(wer)owni... Tu przez pierwsze dni polewane są solanką i obracane by dojrzewały równomiernie. Kupując bilety do muzeum-fabryki każdy zwiedzający dostaje próbki do degustacji - 3, 6 i 10 cio miesięcznego sera. Pycha.

wtorek, 21 maja 2013

Miejscowość Gruyer w Szwajcarii znana jest nie tylko wielbicielom sera, którego nazwa pochodzi od nazwy miejscowości... Pośród zielonych, alpejskich łąk, na tle bajecznie niebieskiego nieba i ośnieżonych szczytów gór wyrasta biały jak śnieg budynek dawnej fabryki Cailler... Dostępny zwiedzającym z całym dobrodziejstwem inwentarza...

Zwiedzanie rozpoczyna się interaktywną wędrówką w czasie i przestrzeni - zwiedzający poznają historię czekolady od Azteków po współczesność. Dalsza ekspozycja w ciekawy sposób prezentuje właściwości kakao, zalety spożywania go :) i sposoby przetwarzania... Ekspozycji towarzyszą wielkie worki ziaren kakao w różnych stadiach przetworzenia, prażonych orzechów i migdałów używanych do produkcji smakołyków...

Mały wyjadał garściami z każdego wora, do którego dosięgnął...

Dalsze zwiedzanie to prawdziwa gratka - linia produkcyjna pralinek z orzeszkami...

A linię produkcyjną wieńczy skrzynia pełna właśnie opakowanych na naszych oczach czekoladek, którymi każdy może się poczęstować (w dowolnej ilości).

Na zakończenie zwiedzania - degustacja. Można zjeść co się chce i ile się chce... Byle na miejscu. Dodam, że obiadu tego dnia nie potrzebowałam :)

A z fabryki prosto do sklepu: można nabyć wszystko czego się próbowało :)

Z boku w sali szkoleniowej... Takie warsztaty byłyby ucieleśnieniem marzeń prawie każdego blogera kulinarnego...

środa, 15 maja 2013

Szwajcarzy jedzą ponoć najwięcej czekolady na świecie... Statystycznie przypada im po ok 11 kg tego cudownego przysmaku na głowę. Faktycznie, odwiedzając  Szwajcarię nie można oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy tego kraju mają prawdziwą obsesję na punkcie czekoladowych smakołyków. Zurych, Berno, Lucerna, Genewa - wszędzie to samo: na każdym kroku - na każdej ulicy i w każdym spożywczym sklepie można spotkać kusząco wyeksponowane ręcznie robione pralinki, wielkie jak płyty chodnikowe tafle czekolady o nieregularnych kształtach lub charakterystyczne tabliczki w fantazyjnych i stylizowanych opakowaniach podkreślających - a jakże - szwajcarskie pochodzenie smakołyków. Zresztą to nie kwestia słów. To raczej kwestia obrazów, zapachów, no i smaków... Skoro więc nie uda mi się oddać pełni wrażeń wklejam chociaż kilka zdjęć...

jadłam muchę...

Dumni ze swych cukierniczych umiejętności Szwajcarzy nie poprzestają na czekoladzie i podążają za najmodniejszymi trendami. W "cukierni" na jednej z najdroższych ulic świata pysznią się stosy makaroników w jak najbardziej ekstrawaganckich odsłonach...

Była jeszcze wizyta w fabryce czekolady, ale o tym następnym razem... Mniam...

wtorek, 29 stycznia 2013

Są w życiu blogera kulinarnego chwile dla których żyć warto... No jest ich całkiem sporo, bo właściwie codziennie jest okazja żeby przyrządzić i spałaszować coś pysznego, ale nie taką zwykłą przyjemność mam na myśli... Zdarzyło się, że zaproszona zostałam do miejsca absolutnie wyjątkowego na warszawskiej mapie kulinarnej. Atelier Amaro. To miejsce, które funkcjonuje od jakiegoś już czasu jako autorski projekt Wojciecha M. Amaro, który wcześniej szefował kuchni jednej z ekskluzywnych warszawskich restauracji biznesowych.

Atelier mieści się w dość niepozornym pawilonie na tyłach odwiecznego pubu przy pl. Na Rozdrożu. Pawilonik jest niewielki i powiedziałabym że jego przeznaczenie nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka. Trochę takie miejsce "dla wtajemniczonych". Tuż przy wejściu srebrne litery wieszczą, iż jest to miejsce: "where nature meets science" co tylko dodaje tajemniczości i wieloznaczności, gdyż nauka może na wielu płaszczyznach spotykać naturę i kuchnia molekularna nie jest jedynym na to sposobem...

Moja inicjacja w temat kuchni molekularnej o mały włos nie doszła do skutku, gdyż z pośpiechu i emocji jeszcze w domu odkroiłam sobie nowym japońskim nożem opuszkę palca, jednak po szybkiej wizycie na ostrym dyżurze i interwencji chirurga zawitałam w progi mistrza.

Wnętrze jest proste, nowoczesne i bardzo eleganckie - bez zbędnych ozdobników - w końcu przychodzi się po doznania smakowe a całą reszta jest tylko tłem. Już przy wejściu zostaliśmy przywitani przez szefa sali, który odprowadził nas do stolika. Po chwili podszedł kelner, który poinformował nas, iż możemy wybrać degustacyjne menu 3, 5 lub 7 daniowe. Zdecydowaliśmy się na 5 "momentów". Następnie podszedł sommelier proponując kartę win na i-padzie (!) Poprosiłam o dopasowanie jednego białego wina do dań, zdając sobie doskonale sprawę, że będzie to jedynie akompaniament dla wrażeń i nie znajdę w sobie dość sił by koncentrować się dodatkowo na poszczególnych trunkach. Sommelier z wyrozumiałością dla mojego skromnego wyboru wyraził żartobliwe ubolewanie, że faktycznie pracuje w miejscu gdzie goście traktują wino jako dodatek...

Wstęp do wybranego menu degustacyjnego stanowiły 3 mini potrawy, których celem było pobudzenie zmysłów i rozgrzanie kubków smakowych... Podeszłam do tego pomysłu dość sceptycznie, ale zdecydowałam się poddać eksperymentowi.

Pierwszą potrawę stanowiły "krople rosy" - na syntetycznym listku leżało 9 kropelek "rosy" w 2 kolorach i smakach: kwaśnym i słodkim.

kolejnym zaskakującym apetizerem był "gotowany w syropie przez 7 dni i 7 nocy zielony orzech włoski podany z lodami i jogurtem" a wyglądał jak przepiórcze jajo w majonezie:

Na zakończenie początku podano nam cieniuteńką, że "Warszawę widać" wstążkę wędzonej w czymś słoniny z jeżynami, sosem z marakui i szynką z niedźwiedzia... Uczucia miałam mieszane i nie omieszkałam zapytać kelnera skad ten niedźwiedź na co kelner odpowiedział, że "szef sprowadza przeróżne rzeczy z całego świata".

To był dopiero początek...

Jako pierwszą z pięciu "momentów" podano sałatkę "Z czterech rodzajów pomidorów z kiełkami i werbeną cytrynową i bagietką lawendową". Wydawać by się mogło, ze sałatka jak sałatka ale nie w Atelier... Ponieważ smaku nie da się opisać, nie będę nawet próbowała. Dość powiedzieć, że podano do niej również chleb z popiołem, który był całkowicie czarny i tak pyszny, ze zjedliśmy cały i jako zwykli zjadacze chleba (albo jacyś Francuzi)- poprosiliśmy o więcej :)

Kolejnym daniem była "zupa z borówki z kwiatami rukoli i pierogiem z hibiskusa nadziewanym kozim serem (pływa w środku) z szałwią" Obłędna.

Kolejny moment, już bardziej "konkretny" to danie zawierające składnik będący moim postrachem odkąd zgłębiam tajniki kuchni francuskiej...Grasica cielęca podana z karczochami i kwiatami nasturcji. Powtarzam zdjęcie "z góry" - danie podane zostało na kamieniu co w szczególny sposób dodawało mu uroku. Szczerze mówiąc gdybym miała wybierać danie z karty nie wybrałabym go. I tak ominęłoby mnie niepowtarzalna przeżycie. Sama grasice w smaku była niezwykle delikatna, wręcz muślinowa... Że takim określeniem się posłużę. Nie jest to mój klimat, ale smakowo perfekcyjna.

Następne "danie" było daniem głównym. A była to sarnina z kminkiem i sosem morelowym, podana z glazurowaną dziką marchewką, bezami (!!!) czosnkowymi i foie gras. Sarnina znakomita, ale dopiero połączenie jej z pozostałymi smakami było zaskakującym, nieopisywalnym wulkanem przeżyć. I te czosnkowe bezy. Doprawdy nie wpadłabym na to.

Zostało już tylko zakończenie. Z jednej strony żal, że sięgające zenitu emocje oczekiwania na nieprzewidywalne przeżycia a po nich kolejne eksplozje smaku niedługo się skończą, z drugiej zaś poczucie, że tyle wrażeń w jeden wieczór zaraz przepełni moje możliwości przetworzenia ich i system się zawiesi...

Deser na osłodę tych rozterek okazał się zaskakująco "tradycyjny". W stalowej, potężnej miseczce podano nam miniaturowe brownie, mus owocowy, lody borowikowe i świeże maliny... Hmmm. Lody borowikowe nie zaskoczyły mnie - jadłam już ziemniaczane a nawet oscypkowe w innym warszawskim miejscu. Powiedziałabym nawet że te w Atelier pasowałyby bardziej do mięsa niż do deseru...



I tak uczta dla zmysłów uległa zakończeniu... Pozostało nam delektować się ostatnią lampką wina i zapamiętać jak najwięcej. Jednakże uraczona jak jeszcze nigdy w żadnej restauracji poprosiłam o możliwość podziękowania szefowi kuchni i zostałam zaprowadzona do kuchni gdzie ujrzałam zastęp uwijających się przy pracy kucharzy i suszące się w piekarniku czosnkowe bezy. Po miłej pogawędce z Twórcami Kulinarnych Przeżyć wróciłam do rzeczywistości - zadzwoniła babcia , że Mały płacze i że może byśmy już wrócili...

Tu dzwoni babcia:

niedziela, 09 grudnia 2012

 Do Shabu shabu dotarliśmy bez wcześniejszego planowania po kilku godzinach wędrowania po mieście i załatwiania meczących spraw. Zdecydowanie potrzebowaliśmy szybkiej regeneracji. Knajpka zapewnia przeżycia niecodzienne. Wnętrze jest jasne, minimalistyczne, z azjatyckimi akcentami. Ale nie to jest istotą miejsca... Jest nim niejako samoobsługowy charakter lokalu ;) W każdym stole znajdują się wgłębienia a w nich tkwią stalowe kociołki... Nietypowa jest również karta - zapisana drobnym maczkiem jest raczej listą możliwych do zamówienia składników potrawy z podanymi cenami za  porcję. Od cierpliwego kelnera dowiedzieliśmy się, że powinniśmy wybrać jeden z trzech rodzajów bulionu (tajski, wietnamski lub wegetariański) a do niego właściwie dowolne składniki spośród: makaronów, mięsa, owoców morza, warzyw. Można także zamówić chińskie pierożki dim-sum w różnych rodzajach ciasta (sui cao, ha cao, banh bao)... Niezwłocznie przystąpiłam więc do wybierania składników zadając kelnerowi nie kończącą się ilość pytań. Wielki ukłon w stronę kelnera za nieokazanie jakichkolwiek oznak zniecierpliwienia i cierpliwe odpowiadanie - czułam się naprawdę obsłużona mając w głowie świadomość, ze pan odpowiadał na te same pytania prawdopodobnie już setki razy... Wybrałam bulion wietnamski i oczywiście różne warzywne "dziwa", kłącze lotosu, nieznaną mi odmianę chińskiej kapusty. A dla bezpieczeństwa (gdyby nic mi nie podeszło smakiem) porcję makaronu i kraba.

Po złożeniu zamówienia przyszedł czas na oczekiwanie i ten okazał się dłuższy niż spodziewałam się po przygotowaniu kilku surowych składników i nalaniu czekającego w kuchni - jak sądzę - bulionu. W końcu jednak zjawił się pan kelner niosąc całość zamówienia na raz: zarówno dim sum'y, dzbanki z bulionem (Ikea króluje - wolałabym coś bardziej w azjatyckim klimacie) i talerze z surowymi dodatkami.

Po krótkiej instrukcji obsługi sprzętu do sterowania gotowaniem w kociołkach i wyjaśnieniu jak długo który z dodatków gotować, kelner wręczył nam zestaw "narzędzi" do poławiania ugotowanych ingrediencji i pozostawił nas samych na polu bitwy.

Pierożki były bardzo smaczne, dobrze zrobił im dodatek podanych sosów. Bulion był esencjonalny i bardzo rozgrzewający! Zaskakujące było dla mnie kłącze lotosu, trochę bez charakterystycznego smaku, za to przedziwne w konsystencji i kształcie - wyglądało trochę jak plastry gąbki. Chińskie warzywa zielone: seler i kapusta nie zaskakiwały smakiem. Krab pyszny, choć jak to w przypadku małych krabów - bardziej do polizania i wyssania niż zjedzenia... Duży plus za szczypce do kraba, które kelner podał na życzenie!

Choć kelner zachęcał do zamówienia większej ilości składników twierdząc że porcje są małe, dla mnie 6 dodatków było zupełnie wystarczające. Bulionu było dla mnie bardzo dużo i spokojnie starczyłoby go do ugotowania większej ilości składników.

Podsumowując, miejsce warte odwiedzenia: zabawa z gotowaniem bezpośrednio na stole jest fajną atrakcją, choć pewnie nie dla tych, którzy lubią być obsłużeni. Istnieje też ryzyko zachlapania się więc nie polecam wyjątkowo eleganckich strojów - zresztą nie jest to miejsce na elegancję. Poleciałabym jako miejsce do spotkania z przyjacielem, lunch (zamiast fast foodu) czy randkę z drugą połową - wspólne gotowanie zbliża ludzi :)

Pierożkom towarzyszyły sosy: ostry, sojowy i tamaryndowy.

 Dim sum'y gotują się na parze nad takim samym kociołkiem jak bulion

 Talerz z dodatkami do bulionu: makaron pho razowy, kapusta, seler chiński, kłącze lotosu, mięso z indyka, odnóże kraba

bulion w kociołku: z grzybami shitake, brokułem

wtorek, 02 października 2012

Qki to ursynowska cukiernia, o której słyszałam już dawno (rok temu?). Mimo to dotarłam tam dopiero w ostatni weekend. Miejsce jest urocze. Lokal urządzony minimalistycznie, choć zdecydowanie "na słodko" - co podkreśla charakter miejsca. Ściany zdobi wysmakowana czarno-biało-różowa grafika, która pozostaje jednak jedynie tłem dla wyeksponowanych słodkości... W cukierni można zażyczyć sobie wytrawnej przekąski w postaci kanapki lub tarty, jednak obserwując wchodzących klientów nie miałam wątpliwości, ze wszyscy przychodzą w poszukiwaniu deseru... A wybierać jest z czego. Tarty, torty, różnie rodzaje brownies, blok, ciasto marchewkowe, ciasteczka, serniki, beziki...Wszystko to można zabrać do domu w eleganckim pudełeczku albo zjeść na miejscu na porcelanowym talerzyku (tak! zapomnijcie o paskudnych plastikowych jednorazówkach w innych znanych warszawskich cukierniach) przy jednym z dwóch wystawionych na zewnątrz stoliczków lub na wysokim krzesełku przy okiennym blacie.

Zdecydowaliśmy zdegustować kokosowy tort bezowy i kawę.

Kawa super. Beza smaczna, choć lekko pożółkła w pieczeniu a ja jestem zdecydowanie fanką śnieżnobiałej bezy. Krem kokosowy wydał mi się natomiast dość mdły jak na dodatek do bezy. Wszystko razem jak dla mnie za słodkie - tym bardziej ważna była dobra kawa. A że porcja ogromna, nie skusiłam się już na inne ciasta (choć i tak dobrze było ją konsumować we dwoje :) Ale nic straconego. Miejsce do którego warto wrócić. Zapewnia szeroko pojęte doświadczenia estetyczne - tak smakowe jak i wzrokowe a te ostatnie cenię na równi.

środa, 12 września 2012

Cafe Vincent to miejsce, które już na stałe gości na mapie warszawskich poszukiwaczy kulinarnych doznań. Ostatnio zawitałam tam niemal dokładnie w rocznicę swojej pierwszej przygody z Vincentem. Sytuacja do złudzenia przypominała więc tę pierwszą: wczesny, niedzielny, dość rześki ale słoneczny poranek. Na ulicach puściusieńko. Przyjemny spacer Nowym Światem bez konieczności przeciskania się przez wiecznie pędzący dokądś tłum... Ale do rzeczy. Lokal łatwo przeoczyć - jest malutką kawiarenką, do której wchodzi się z bramy. Właściwie tylko paryskie krzesełka wystawione przodem do ulicy zdradzają charakter tego co zobaczymy wchodząc do środka. A zobaczymy... orgię wszystkiego... Na ladzie wystawione są: bułki, bułeczki, magdalenki, tartinki, croissanty, brioszki... Ba! nawet baklava. Na przeszklonych półeczkach piętrzą się owocowe musy, jogurty, muesli, torty, wytrawne i słodkie tarty, kanapki... Kosze gorącego chleba i pachnące bagietki... Zresztą wszystko tam pachnie mieszając wonie. Osiołkowi w żłoby dano...

Klient przybył na śniadanie, na dzień dobry spotyka się z koniecznością połykania potoków śliny a tu niezbyt przeciążona pracą o tak wczesnej niedzielnej porze, zniecierpliwiona kelnerka pyta: "co podać"? O zgrozo! Wszystko! Klient miał nadzieję, ze nakarmi najpierw swój głodny wzrok, powdycha ciepły zapach świeżego pieczywa, a tu taki strzał prosto znad kasy... Ale przytomnie, by zyskać na czasie klient sięgnął po swoją najskuteczniejszą broń - pytania! "A co pani poleca? A ma pani coś bez mleka i nabiału? A kanapeczki są z czym? A można je podgrzać? A kozi serek jest? Hmmm a mleko sojowe do kawy? A co to znaczy ze bagietka jest "prowansalska"? uffff... Udało się. Kelnerka wytrwale odpowiada a klient myśli gorączkowo...

Po konsumpcji przyszedł czas na opinię. Ogólne wrażenie sprawiło, że jestem na tak :) Jednakże prosiłam o podgrzanie kanapki i owszem była włożona do podgrzania, jednak nim rozpoczęłam konsumpcję kanapka była już ledwo ciepła. Obsługa ekspresowa, kelnerki dobrze poinformowane - wiedzą co jest czym, z czym i co do czego pasuje. Bagietki z których wykonano kanapki - znakomite, świeżutkie, chrupiące. W kanapce naprawdę dużo dodatków - gryząc trudno było je utrzymać w środku wiec część rozdysponowałam nożem i widelcem.

W toalecie czysto. Moje delikatne obiekcje budzi jednak (bądź co bądź niezwykle apetyczne) wystawianie wszystkiego co pyszne bezpośrednio na ladzie, tam gdzie o bardziej tłocznej godzinie ustawia się kolejka chuchających i kichających klientów...

Niestety miejsce do tanich nie należy.

Moje doświadczenia pochodzą z naprawdę nietypowej pory dnia - gdy przechodzę tamtędy w późniejszych godzinach zatłoczenie lokalu nie zachęca i nie pozostawia złudzeń co do możliwości celebracji posiłku. Wybierając się ponownie pozostanę więc chyba przy swoich zwyczajach - niech będzie nową tradycją odwiedzanie Vincenta w powolny, niedzielny poranek...

 

A co zrobić z tak miło rozpoczętym dniem? Najlepiej kontynuować spacer nierozbudzonymi jeszcze, leniwymi ulicami Warszawy...

Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Durszlak.pl Wykrywacz smaku - www.wykrywacz-smaku.pl - moja galeria
my foodgawker gallery
stat4u Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne Lista Blogów Kulinarnych Follow on Bloglovin Foodki - fotografie potraw i zdjęcia kulinarne